Śliwkowe winko

Ponieważ cierpliwościochłonny proces tworzenia wina to nie moja bajka, oddaję głos Krzysiowi:

Ten post będzie inny niż poprzednie. Inny, ponieważ pisany przez drugą, brzydszą połowę zespołu olkinadziałce. A że ta połowa nie dysponuje zdolnościami literackimi, a ma potrzebę pisania niejako w zastępstwie to wyjdzie co wyjdzie.

Kolejna już w tym roku klęska urodzaju: po czereśniach, na które w końcu już nawet szpaki nie chciały patrzeć, przyszedł czas na śliwki. A skoro jestem na miejscu to trzeba coś z tym zrobić. Krotki research w sieci dał wynik p.t. wino śliwkowe. Doświadczenia w tym zakresie nie mam żadnego, nie mam nawet tradycji rodzinnych. Jedyne co mam to owoce i balon do fermentacji (mimo braku tradycji rodzinnych w tej dziedzinie, balon stal w piwnicy u rodziców). Potrzebne składniki: śliwki (u nas w typie renklody), woda, drożdże winne, pożywka, wiadro, balon.

Prawie wszystko jest pod ręką, a czego nie ma kosztuje grosze. Przepis mówi: 7 kg śliwek, i tu pierwszy problem: śliwek z pestkami czy bez? Na logikę: bez, zresztą to nie apteka. W innym miejscu: około 3ml pektoenzymu (pektoenzym ma rzekomo wspomagać wyciskanie soku z owoców). Tylko czy trzeba im pomagać? Takie soczyste śliwki, chyba same oddają sok? Rezygnujemy z pektoenzymu aby możliwie uprościć proces i by produkt końcowy był możliwie „czysty” (również dlatego że nie było go, rzeczonego pektoenzymu, w sklepie). Ponadto 1,7 kg cukru i 4 litry wody. Śliwki myjemy, wyrzucamy pestki i do wiadra.

Rodzi się kolejny problem: chciałem je przemielić aby możliwie rozdrobnić miąższ i wspomóc oddawanie soku. Jednakże w promieniu 100 km nikt w rodzinie nie ma młynka do mięsa. Czy ludzie już nie używają młynków do mięsa? Propozycja: umyj nogi, będziesz deptać została stanowczo odrzucona. Nawet Mateusz przebywający na gościnnych występach (rozmiar 32) ani myślał wchodzić do wiadra. Wobec tego pozostał mi tylko tłuczek do ziemniaków. I to okazało się strzałem w dziesiątkę: całość trwała kilka minut, a w efekcie owoce pięknie rozmiażdżone z w całości zachowanymi skorkami.

Na mój nos będzie to miało znaczenie w późniejszym etapie gdy trzeba będzie oddzielać „zjedzone” owoce i skorki od pozostałego soku.

W międzyczasie w szklance, słoiczku czy co kto ma pod ręka, rozmiażdżamy 2 -3 śliwki dodajemy trochę wody i wsypujemy drożdże z torebki. Po kilkunastu minutach całość zaczyna imponująco się pienić i rosnąć. Tak, to jest zdecydowanie to, dadzą radę.

Podczas zgniatania owoców dodajemy do nich cukier, u nas na początek 1kg. W sumie ma być 1,7 kg cukru i 4litry wody.

Jednakże wiadro z marketu budowlanego który „nikomu nie pozwoli pobić naszych cen” okazuje się za małe. Śliwki, 1kg cukru, 1 litr wody i do krawędzi zostało jakieś 5 cm. A jak się spieni i ucieknie? Czytałem ze ten etap nazywa się burzliwą fermentacją i trwa około 5 dni. Aby nie ryzykować zalaniem podłogi decyduje się na dodanie pozostałej wody (i cukru) w późniejszym etapie.
Sytuacja na dzisiaj wygląda tak: dwa wiadra z owocami fermentują aż milo patrzeć. Po 5 dniach „burzliwej” fermentacji resztki owoców zostaną oddzielone a sok (wino?) przelane do balona na około 2 miesiące do dalszej fermentacji.

Podsumowując: podobno produkcja wina ze śliwek jest bardzo łatwa (do teraz tak wygląda), inni mówią że to jedne z trudniejszych owoców do fermentacji. Podobno długo się klarują, wymagają dużo cierpliwości – ale z tym damy radę.

Po dwóch dobach przyszłe winko wygląda tak:

No i śmierdoli odpowiednio. Bardziej wprawionych w pędzeniu winka prosimy o komentarze i porady.