Nie cierpię róż!

Pewnie tytuł przeraził niejednego ogrodnika, ale niestety ja w mojej krótkiej karierze działkowca mam same niedobre doświadczenia z tą Panią, szczególnie, że u mnie na działce róża występuje w wersji mało szlachetnej wręcz zdziczałej. Rośnie toto szybko strasznie, wytwarza kilometrowe korzenie i niespodziewanie wyłazi tam, gdzie by się jej najmniej spodziewało. Wyrywanie tych korzeni przypomina mi stare czasy żeglarskie, kiedy to stałam na burcie i wyciągałam linę kotwicy. Ciężar podobny, z tą różnicą, że na łajbie co najwyżej można się było przy tym ochlapać wodą, a tu można zarobić ziemią w oczy. Róża dziką jest w pełni.

Nie tylko korzenie dają popalić. W rogu działki zadomowił się bez w postaci ślicznego drzewka (a propos bzu – to kolejny ekspansywny Pan na mojej działce). Zanim drzewko pokazało swoją urodę trzeba było je wyplątać z gmatwaniny różanych pędów. No cóż, nie obyło się bez piły, bo Pani róża w kolczasty oręż wyposażona, nie dawała łatwo za wygraną, zadawała krwawe ciosy nie chcąc ustąpić z opanowanego miejsca na szczycie drzewka. Gdy w końcu udało się pozbyć intruza, okazało się że drzewko ma raczej rachityczną koronę, tak nim zawładnęła Pani róża. Ale liczę, że w nowym sezonie się pozbiera. Teraz tej dzikiej róży już prawie nie ma na działce.

Chociaż… w zapomnianym zakątku działki rośnie jedna taka piękna Pani róża, jedna jedyna, jak na planecie Małego Księcia. Nic a nic nie chce zdziczeć i rozleźć się po ogrodzie w tejże postaci. I ta róża pod koniec sezonu postanowiła dać mi prezent. A drugi pewnie dla Krzysia, bo tez miał okazję zmierzyć się z różanym dzikusem. A jak pachną! Jakby się dało tu wkleić zapach to bym to chętnie zrobiła, ale się nie da więc musicie uwierzyć na słowo. Chyba polubię róże. Uff.