Jesienne nasadzenia

Rok temu już myślałam o jakichś jesiennych nasadzeniach. I w tym roku udało się! Kupiliśmy 4 krzaczki borówki amerykańskiej. Tylko gdzie je posadzić?

Jest takie miejsce na działeczce, na które nie miałam kompletnie pomysłu. Obrośnięte forsycją, stało się składowiskiem zrębek, których bałam się jak ognia. W miejsce to nie dociera zbyt wiele światła, jakimś cudem woda z wahadłowca też tam nie dociera. Taki wyparty ze świadomości pustynny braku pomysłu.

No to tam. Trzeba to w końcu zagospodarować. Ale żeby było dużo światła trzeba wyciąć forsycję. A ona taka biedna, już pączki przyszłoroczne naprodukowała… tak mi jej żal. No ale nie mogę mieć sentymentów, bo niedługo zacznę mlecze i koniczynę przygarniać na działkę i zrobi się z tego dziki busz.

No i trzeba wywieźć te straszne zrębki. No to taczka w dłoń, grabie i łapki w rękawiczkach i wywozimy na inne pustynne miejsce na działce.

Tutaj stan sprzed wycięcia forsycji, ale po posprzataniu zrębków

Dziubiąc w ziemi znajduję takie oto coś.

Sobie myślę, ot robaczek. Niech sobie żyje, jak każdy.

Ustawiam borówki w jakąś kompozycję i zaczynam kopanie dołów. Do dołów idzie kwaśna ziemia dla borówek plus trochę piasku, żeby tę moją gliniastą ziemię trochę poluzować. Boróweczki się sadzą aż miło. Do tego robię piękny płotek, aby wysypać na nie korę i żeby było ładnie. Przy okazji sprzątam trochę otoczenie. Zdziczała trzmielina dostaje solidne cięcie. Mam nadzieję, że jej wyjdzie na zdrowie.

Dołek z kwaśną ziemią i piaskiem
No i z płotkiem, borówki posadzone, trzemielina przycięta

Postanowiłam dać też borówkom agrowłókninę (pod korę), aby to miejsce się nie zachwaszczało. Układam skrupulatnie, i zadowolona z siebie przystępuję do najprzyjemniejszej fazy: wysypywania kory.

No i patrzę z dumą na swoje dzieło (to nic że kręgosłup daje popalić). Pakuję psa i pełne satysfakcji (psica też zadowolona bo poprzenosiła patyki z jednej strony działki na drugą) jedziemy do domu.

A w domku, wieczorem zasiadam do lektury w necie i jakoś mnie nachodzą te białe robaczki. Sprawdzam co to. Cholera! Pędraki chrząszcza majowego. Żarłoczne, żądne roślinnych soków glizdy! No i to, że są takie wielkie świadczy, że w przyszłym roku się cholery przeobrażą w dorosłe osobniki i nowe jajeczka złożą!

Działkę przekopałam juz prawie wzdłuż i wszerz, ale tego robactwa nie znalazłam nigdzie. Potem doczytuję, że lubią mieszkać w miejscach, gdzie jest ciepła gleba, czyli tam gdzie się nie podlewa. No i wszystko jasne. To jest niepodlewane miejsce na działce.

Na drugi dzień przystępuję do działań odwrotnych do dnia poprzedniego. Rozgrzebuję korę, podnoszę agrowłókninę, wygrzebuję robaczki… ich dalsze losy zachowam dla siebie. Obrzydlistwo.

I tak pewnie wszystkich nie zebrałam, ale będę podlewać jak mogę w przyszłym roku więc może nie wrócą.

Zobaczymy jak borówki się uchowają. Będą najlepszym wskaźnikiem tego co się dzieje pod ziemią.

PS 1. Tej jesieni działeczka wzbogaciła się również o dwie jagody goi. Nie piszę o nich, bo były z przeceny i nie wiem czy żyją. Się okaże.

PS 2. Przybyła również czarna porzeczka i jeżynka. Wygląda, że żyją.