Budowa studni

W tym tygodniu wyłączyli wodę. Na działkach woda pod ciśnieniem jest puszczana w określonych godzinach, gdyż jest to woda głębinowa. A że właśnie padła pompa… awaria do odwołania. Martwię się, bo jest dość sucho, woda w beczce się kończy, a roślinki niedawno posadzone i nie wiadomo czy dobrze zakorzenione na nowym gruncie. Nadszedł czas zainteresować się starą studnią zlokalizowaną z tyłu działki, zdjąć paletę i kawałek wraku jakiegoś tworzywa co tą studnię zabezpieczają. Plany co do tej studni są – tyle że długoterminowe i nie na już.

Hmmm, tylko jak wyciągać z niej wodę? Głębokość – z 5 metrów do lustra wody jak nic. Trzeba by jakiś sznur skombinować, podłączyć wiadro i ciągnąć. Jedziemy do znanego marketu budowlanego, nie tylko po sznur. Przez przypadek wpadam na promocję na bloczki (te takie z kółeczkami) i od razu tworzy mi się wizja bezwysiłkowego wyciągania sznura z wiadrem przyczepionym na końcu. Dokupujemy tez karabińczyk na wniosek „męża” – przyda się do wiadra. Zakupy gotowe, jedziemy na działkę. Krzyś zajęty zakładaniem nowej siatki, to ja sobie wybuduję tę studnię. Co, ja nie potrafię? Może i baba, ale lubię nowe wyzwania, łatwizna. Podłączam wiadro do sznura i wyciągam pełne wody, ufff, dobrze, że są te bloczki. No to przystępuję do pracy, Krzysiu zerka z politowaniem, ale się nie wtrąca. Buduję konstrukcję, zużywam prawie cały sznur (zostawiam na głębokość studni), zaczepiam bloczki i ciągnę, ale jakoś nie jest lżej…

Hym. Jak kiedyś grota ciągnęłam na łajbie to było dużo lżej… Wołam „męża” na pomoc. Rach, ciach zakłada bloczki tak, że jest rzeczywiście dużo lżej, jednak ze strachem patrzy na moją konstrukcję… Jeszcze raz przytaczam zdjęcie:

Patrzę tępo i nie rozumiem, czemu jego bloczki działają a moje nie. No to mi „mąż” tłumaczy filozofię działania bloczków na górach (trafna metafora) – żeby było lżej, trzeba wydłużyć drogę. Wydłużyć drogę? No tak, tak jak w górach – jak pójdziesz w górę na przełaj, czyli krótszą drogą to się bardziej napocisz niż jak pójdziesz dłuższą, ale mniej stromą drogą. Proste i logiczne, tylko nie wiedziałam, że chodzenie po górach się na wyciąganie wody ze studni przenosi 😉 Pała z fizyki. Radość z osiągniętego sukcesu przyćmiewa jednak fakt, że skoro trzeba wydłużyć drogę, to i sznur. A sznura tyle co metrów głębokości studni. Także wiadro nie sięga, gdzie ma sięgać, bo sznur pocięłam. Hi hi:)


W związku z tym, aby uskutecznić dzisiejsze podlewanie muszę wyciągać wodę bez bloczków. Wszystko idzie super (choć trochę ciężko) do czasu, gdy nagle strącam odczepione od sznura wiadro do studni. Wiadro prawie natychmiast tonie. Hmmm. Trzeba je wyciągnąć. Biorę grabie i przywiązuję sznur do trzonka. Krzyś znów patrzy z politowaniem, nie wierzy, że może się udać. A ja wierzę i łowię. Jest!!! Dosyć szybko wyciągam wiadro, ale po chwili… wpada znowu. Ups. Tym razem łowienie trochę trwa, ale również kończy się sukcesem. Szkoda, że nie ma zdjęć. Sytuacja nieco komiczna przecież. Jak całe to budowanie studni 🙂