Balkon w bloku – jak ocalić ksztynę indywidualizmu

Dwa lata temu, jesienią, spółdzielnia zabrała się za ocieplenie elewacji balkonowej mojego bloku (super!). Bardzo lubiłam mój balkon (loggie) ze szczebelkami, bo był bardzo słoneczny, a klinkier na ścianach sprawiał, że było na nim przytulnie. Niestety jak to w blokach bywa nowy projekt elewacji stał się faktem dokonanym, ale też nikomu nie znanym, i niczemu przecież winni panowie budowlańcy przystąpili do realizacji planu. Jak to przy okazji ocieplania, mój klinkier zniknął, przybyło jakieś 20 cm styropianowej ściany. Niestety zniknęły też moje szczebelki, na rzecz obrzydliwie żółtych (nie cierpię tego koloru) płyt zasłaniających widok. Do tego niezbyt subtelna konstrukcja nowej balustrady została pomalowana na czarno i rewelacyjnie kontrastuje z żółcią tych wstrętnych płyt – oczywiście od środka.

Tamten rok przeżyłam z żółtymi ścianami. Balustradę zasłoniłam wiklinową matą – wyglądało to nieco lepiej. Zamiast kochających słońce skalniaków (te przeniosły się na działeczkę) pod balustradą rozgościły się begonie i czuły się tam świetnie.

W tym roku postanowiłam zabić tą żółć, przynajmniej do poziomu niewidocznego dla szanownych projektantów mojej elewacji, którzy akurat mogli by się przechadzać pod moim blokiem i podziwiać swoje dzieło. Ponieważ wiosną Panowie remontowcy (kłaniam się w pas) mają do wypełnienia dużo większe misje Naprawiania Świata niż mój skromny balkon i z klinkierem musiałabym czekać pewnie do jesieni, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i nadać im moc stwórczą. Tu i teraz. Wiosna jest i wszystko rośnie, podobnie jak pomysły w mojej głowie.

Postawiłam na panele PCV. Może i fuj, ale są lekkie i mają lubianą przeze mnie strukturę i kolor drewna. Do tego położenie ich na ścianie jest dziecinnie proste i szybkie. W sklepie gdzie zwykle kupuję to i owo znalazłam panele PCV do wnętrz. Niestety na zewnątrz w ofercie były tylko tzw. sidingi, do okładania elewacji na zewnątrz, jednak pozbawione są one tylnej ścianki, co uniemożliwiało by ich przyklejenie, a na budowę konstrukcji nośnej jakoś nie miałam szczególnej ochoty. Ale znalazłam tzw. podbitkę, stosowaną do zakrywania dachów od spodu. Jeśli chodzi o jej właściwości słoneczne, natrafiłam na niemałą rozbieżność, bo na stronie marketu było napisane, że świetnie nadaje się na elewacje, natomiast na samym produkcie (co zauważyłam po przewiezieniu kilku prawie 3 m paczek małym samochodem osobowym i wtarganiu tego wszystkiego domu), napisano, żeby nie stosować na powierzchnie silnie nasłonecznione. Stwierdziłam, że nie mam ochoty targać tego z powrotem i wrzucam na ścianę. Kupiłam też:

  • kilka listew do wykończenia krawędzi (dopasowanych kolorystycznie do paneli),
  • kołki do styropianu, wkręty do drewna,
  • specjalne bity do tychże kołków,
  • klej montażowy o sile mamuta,
  • piłę do listew i korytko, żeby cięcia wyszły pod odpowiednim kątem.

Z niedawno zakupioną wkrętarko-wiertarką i po obejrzeniu kilku filmików na YT odnośnie obsługi mojej wyrzynarki (którą dostałam pod choinkę od Krzysia) poczułam się pewnie i w pełni gotowości do pracy.

Wieczorem jeszcze sprzątnęłam balkon po zimie i przemyłam ściany wodą za pomocą ogromnego malarskiego pędzla. Zostało mi tylko spokojnie przespać noc i nie przeprowadzać w głowie po raz kolejny remontu przed remontem.

Sobota rano. Mała formalność – wygląd przed:

Może i fajny ten baranek, ale po co taki żółty

Najpierw kołki do styropianu. Przykręciłam listwy.

Ten biały dinks to plastikowy kołek do styropianu.

W pierwszej kolejności cięłam panele. Nawet jak wychodziło jakoś krzywo to i tak nie było zmartwienia – listwy wszystko przysłaniają. Przy cięciu na konkretną ścianę trzeba pamiętać, że „świat wokół nas nie jest idealny” i mierzyć szerokość docelowej ściany na wysokości każdego panela, bo odchyłki są rzędu 1 cm (mieszkamy w krzywych blokach!).

Pojedynczy panel ma 2,7 m długości i ok. 30 cm szerokości. Metoda scalania: pióro i wpust, oczywiście pióro do góry. Mega szybko-montowalny wynalazek. Do tego w PCV tnie się jak w maśle. Choć ze sporą dawką syfu. No ale to problem tych, co jak ja urządzają warsztat w salonie. W następnej kolejności przemywałam panele wilgotną szmatką, żeby się pozbyć kurzu i nakładałam na tylną powierzchnię klej o sile mamuta:

Wyrżnięte panele wkładałam kolejno do listew. I oto po niecałych 2 godzinach pracy uzyskałam coś takiego:

Trochę się ściana pomaziała tym klejem – trzeba uważać

W następnej kolejności kładłam panele z drugiej strony drzwi balkonowych. Było trochę trudniej, bo tam trzeba było położyć całe 2,7 m długości panela za jednym zamachem. Może nie ciężko, ale w pojedynkę wymagało trochę logistyki. No i do końca ściany zostało mi jakieś 18 cm. Zwykły niefart (choć nie było to zaskoczeniem).

No to trzeba było coś dobudować. Zrobiłam cały moduł w salonie, złożyłam go i w całości posmarowałam klejem:

Podczas montażu moduł zatrzymywał się troszkę na baranku przyprostokątnej ściany (ach te krzywizny), więc mu delikatnie pomogłam z buta i w końcu znalazł się na miejscu:

Moduł z prawej strony przytrzymuje listwa z prostopadłej ściany. Nie jest źle.

Efekt końcowy? Ano taki:

Jak dla mnie spoko. Może nie najtańsze rozwiązanie, ale szybkie w realizacji. Nawet dla laika i przy odrobinie sprzętu. Polecam, nawet dla samej zabawy.

———–

PS. Wpis ten dedykuję Krzysiowi za cenne rady budowlane i pukanie się w głowę po wysłuchaniu moich licznych wizji, które poprzedziły wyżej opisaną akcję. Pewnie dzięki temu zakończyła się jednak powodzeniem. Dzięki Krzysiu!

Na koniec zadowolony z paneli skalniaczek. Teraz to ma ciepło!